Dołącz do naszej społeczności!

Ładowanie strony

O projektodawcy

Jarosław Kowal

Jarosław Kowal

Gdańsk

Jarosław Kowal, rocznik zbyt odległy aby było czym się chwalić, ojciec Bogumiła, syn Ryszarda i Marii. W 2006 rozpoczął pracę w studenckim radiu SAR, co na zawsze zmieniło jego życie (nie wiadomo kiedy zaczął pisać o sobie w trzeciej osobie). Po blisko 3 latach z SARem nieustannie i intensywnie ocierał się o muzykę. Pracował przy 3 edycjach festiwalu Globaltica, w klubie Ucho, prowadził własną agencję koncertową - Freakpointing. Z drugiej strony pasjonuje go opisywanie, pisze dla portalu GdanskTown.pl, a także mówi dla Radia Fabryka.

Napisz wiadomość do Projektodawcy

4190 PLN z 4000 PLN

82 Wspierający

Udany! Cel osiągnięty

Aby otrzymać środki, projekt musi osiągnąć minimum 100% finansowania (model "wszystko albo nic") do 28.03.2013 00:12

Zły Człowiek - debiut literacki

O projekcie

Po latach pisania do szuflady postanowiłem przesłać jeden z moich tekstów do młodego, prężnie działającego wydawnictwa. Okazało się, że tworzony przez ponad rok materiał spotkał się z zainteresowaniem i dostałem zielone światło na wydruk. Rzadko zdarza się jednak aby debiutujący autorzy mogli liczyć na całkowite sfinansowanie swojego marzenia, mój przypadek nie jest wyjątkiem i potrzebuję waszego wsparcia.

Krótka informacja o mnie dla tych, którzy mnie nie znają:
Jarosław Kowal, rocznik zbyt odległy aby było czym się chwalić, ojciec Bogumiła, syn Ryszarda i Marii. W 2006 rozpoczął pracę w studenckim radiu SAR, co na zawsze zmieniło jego życie (nie wiadomo kiedy zaczął pisać o sobie w trzeciej osobie). Po blisko 3 latach z SARem nieustannie i intensywnie ocierał się o muzykę: pracował zarówno jako doradca fachowy działu Muzyka/Film w jednym z marketów, jak i współtworzył program gdyńskiego klubu Ucho (przez niemal 2 lata). Pracował przy 3 edycjach festiwalu Globaltica z czego najlepiej wspomina rok 2009, kiedy miał realny wpływ na dobór występujących projektów muzycznych. Po Uchu przez 2 lata prowadził własną agencję artystyczną - Freakpointing. Ściągnął do Trójmiasta kilka znanych kapel, na które przyszła kupa ludzi i kupę kapel, na które przyszło kilka osób. Przez pół roku (w 2008 roku) pisał dla MM Trójmiasto, od czerwca 2012 zajmuje się kulturą i rozrywką na GdanskTown.pl. Jednocześnie piastuje funkcję prezesa w fundacji Plankton, a także spełnia się za mikrofonem w Radiu Fabryka prowadząc audycje Asy Pomorza oraz Muzyczna Masakra Płytą Mechaniczną. Nie lubi o sobie mówić, ale jak już zacznie to nie może skończyć.

O książce:
"Zły człowiek" to książka multibiograficzna, zawiera wątki z życia autora, a także wielu osób, które miały nieszczęście spotkać go na swojej życiowej drodze. Aby jednak nikogo nie zranić osobowości zostały wymieszane i przypudrowane fantazjami. Pojawiają się wątki refleksyjne o charakterze egzystencjalnym, ale kiedy treść zaczyna ciążyć ku Paulo Coelho autor ucieka do zwierzęcej cielesności inspirowanej Henrym Millerem czy Hunterem S. Thompsonem. Jest także satyra obnażająca subiektywny pogląd na polską (a zwłaszcza trójmiejską) kulturę/sztukę/rozrywkę z oczywistymi i zamaskowanymi odniesieniami do wielu artystów. "Zły człowiek" to achronologiczna historia niespełnionego muzyka, przerażonego ojca, koszmarnego partnera, styranego igraszkami z demonami samotnika łapiącego się czegokolwiek, co może dać mu cień nadziei na zmianę.

Kilka fragmentów z książki (kluczem w selekcji był brak możliwości zrozumienia o czym jest całość tekstu, UWAGA - brzydkie słowa!):

Przypadkowe osoby dosiadały się i odchodziły bez pytania, komunikatu, bez zauważenia, że na środku kanapy w kształcie litery L ktoś porusza się w monotonnym ruchu nalewania i wlewania. Niewidzialność odpowiadała mi dopóki ktoś nie próbował na mnie usiąść... W końcu zostałem wypatrzony, dosiadła się do mnie pucułowata organizatorka dziwnych wydarzeń, podobno wyznaczających trendy w sztuce współczesnej (lokalne media zapewniały o tym przy każdej okazji). Na ramię z wytatuowanymi motylami i kwiatami miała opuszczony kok z rudych dredów, pół głowy goliła na zero, przez drugie pół ciągnęła się grzywka zasłaniająca oko. Miała na sobie sukienkę podobną do tej, w której moja babcia pracowała na działce. Kalosze zresztą też.
- Czeeeeeść – Właściwie to „ść” już nie słyszałem. „E” było tak długie, że zdążyłem wyłączyć się. – Co tak sam siedzisz? Chodź do nas.
Wskazała na kilka osób zajmujących stolik na przeciwnym końcu sali, dwie kiwały dłońmi i szczerzyły się ze szczerością, której podłożem mógł być wyłącznie alkohol.
- Jakoś dzisiaj nie mam siły, wolałbym posiedzieć sam.
- No chooooodź, poznasz Johannesa i Cosimo.
- Kogo?
- Johannes Agrippa i Cosimo Villa Nova.
- Nigdy nie słyszałem.
- Gazet nie czytasz? – Nie czytam. – To znani performerzy, w bardzo obrazoburczy sposób przedstawili drogę krzyżową do muzyki Klausa Nomi. Wydarzeniu patronowały liczne media, a fragment pokazano na TVP Kultura. – odczytywała z pamięci notkę prasową. – Poza tym tworzą też instalacje inspirowane Biblią. Poszukują odniesień do niej we współczesnej popkulturze...
- Skąd są? – przerwałem.
- Z Tczewa. – Szukałem w głowie uszczypliwego komentarza o kompleksie dużego miasta, ale akurat dosiadła się do nas kolejna osoba ze stolika, do którego byłem zapraszany.
- O czym tak sami gadacie?
- Wyobrażasz sobie, że Jarek – Naprawdę nazywam się Jacek. – nie zna Johannesa i Cosimo?
- No co ty? Oni są niesamowici, potrafią połączyć historie sprzed 2000 lat ze współczesnością, istna postmoderna.
- Co? – z wrażenia aż oblałem się wódką.
- A tak sobie filozofuję, nie ważne.

***

Znowu uspokoiła złość zanim jeszcze zdążyłem zdradzić jej najdrobniejszy przejaw. Czy tak rzeczywiście było? Obywatele „wspaniałej” Zachodniej Cywilizacji byli lub jeszcze są wdrażani w ten sam system edukacyjny. Nie pamiętam nic z chemii i fizyki, „Mistrz i Małgorzata” wciągnął mnie dopiero dekadę po pierwszym przeczytaniu, a po trzech latach nauki języka niemieckiego umiem powiedzieć wyłącznie „darf ich auf die toilette gehen?”. Wyuczyłem się natomiast odruchów, odzywek, reakcji na różne sytuacje. Na pytanie „co można zrobić ze spinaczem?” już nie odpowiadam „taką rakietę, co może wyszukiwać wodę na odległych planetach, pankretozaura albo wrota podziemnego królestwa mrówek”, odpowiadam „spiąć kartki papieru”. Ile razy w ciągu miesiąca powtarzam ten sam tekst przy podobnym zdarzeniu? Ile razy identycznym gniewem reaguję kiedy ktoś posprząta mi biurko? Ile razy tak samo się cieszę odpakowując przesyłkę z nową książką? Jak kundel Pawłowa... Może ktoś wyszkolony w odczytywaniu tych symptomów, wie co czuję zanim jeszcze sam to pojmę. Lata poszukiwań, zgłębiania i konstruowania zmarnowane, zamiast żyć pomiędzy krawędziami hedonistycznych instynktów rzeźbię kopię jakiegoś prastarego monumentu. Mało tego, nie dłubię dłutem w spiżu, ale patykiem w gównie. Byłem wściekły. Milczenie, radzenie i przede wszystkim odgadywanie mnie, przekraczały poziom wkurwienia, przy którym potrafię przełączyć się na inną kategorię myśli. 45 minut w niemal pustym pokoju trwało w mojej zapełnionej od pytań głowie tysiące lat. Wiedziałem, że muszę tam wrócić.

***

Skuliłem się w łóżku i zacisnąłem kołdrę między nogami. „Co mi jest... może to przez to wszystko z Michałem... może sam to sobie zrobiłem” – ból odbytu zawsze wywoływał we mnie refleksje moralne. Czasem traktowałem go jako karę za perfidne odtrącanie dobra, ale kiedy mijał sprowadzałem wyrzuty sumienia do pozostałości po katolickiej indoktrynacji. Zegar stawał się sępem wyszarpującym z jeszcze przytomnego ciała kolejne sekundy upragnionego odłączenia od rzeczywistości. 3 była godziną pokuty, 4 zadawania pytań ostatecznych, o 5 zaspanie łudziło mnie pseudoontologicznym dowodem na konieczność uśpienia przyziemnych żądz. Usprawiedliwienie może stać tylko za ostateczną korzyścią albo przynajmniej każdorazową nieszkodliwością. Jeżeli wszyscy poddamy się to nikt nie może czuć szpili w dupie... a ja czuję. Miałem nawet pomysł na uogólnienie, które godziłoby napadowe piekło z imperatywem kategorycznym, ale już nie pamiętam... W stanie upicia zmęczeniem rzucałem jeszcze tylko przekreślające wszelkie dywagacje „o Kant dupy to wszystko...” i traciłem przytomność. W nocy obwiniałem się za minione wydarzenia, rano za idiotyzm sparaliżowanego fizycznym bólem sumienia. Nierozłączna para konsekwentnego wstydu przed samym sobą. Po etyce zdarzało mi się przechodzić do namysłów egzystencjalnych. Miałem życiu sporo do wygarnięcia, ale od dłuższego czasu ograniczałem się do  stanowczych wulgaryzmów z jak najmniejszą ilością sylab. Przecież i tak nikt nie podejmie dyskusji, nic się nie zmieni, a narzekanie może wyłącznie zepsuć mi nastrój na kolejny tydzień, miesiąc, rok. Życie rozrywa gwiezdne kolosy potężnymi supernowymi, dzieli się atomami w kolejnych projektach, czasem tak prostych jak ludzie... Coś z takim rozkładem zajęć nie będzie przecież troszczyć się o mój odbyt.

***

Dziennik: Uważasz więc, że kultura jest w słabej kondycji?
Ja: Jaka kultura? Przecież my nie rozmawiamy o operze czy filharmonii? Ta cała „kultura” to kilkanaście zespołów grających na każdej imprezie, benefisy organizowane dla kolegów, spotkania autorskie warte 10 000 złotych, na których jest 5 osób. To jest kpina z kultury, jej elitarność nie polega nie niezrozumiałości dla przeciętnego człowieka, nawet nie na cenie za bilet, ale na jej marności i mimetyczności. Dla kogo organizuje się np. wystawę obrazów czy instalacji ujmujących w przenośni relacje między dzieckiem a rodzicem w perspektywie postępującej globalizacji i kryzysu gospodarczego?
Dziennik: Uważasz, że sztuka wyższa jest niepotrzebna?
Ja: Wyższa od czego? Ta sztuka jest tak wysoka, że nie można dostrzec czubka zadartego nosa. Nie mam problemu z tym, że centra kultury proponują przede wszystkim nie przemawiającą do mnie (i sądząc po frekwencji do dużej ilości ludzi) „kulturę”. Wolę obejrzeć na facebooku prace Faba Ciraolo niż czarny kwadrat na tle jeszcze czarniejszego większego kwadrata w galerii. Nie odnieś jednak wrażenia, że chcę coś wywalczyć. Ja po prostu nie chcę w tym być, nie chcę w żaden sposób kojarzyć się z tym. Niech układy alkoholowo-dotacyjne rozrastają się w jednolicie myślącą masę. Nikomu nie chcę odbierać wiary w cokolwiek, po prostu ja jej już nie mam.

***

- Nie wiesz co chcesz robić w życiu. Masz miliony pomysłów i wydaje ci się, że każdy jest stworzony przez innego ciebie... ale to właśnie jesteś ty, z całą tą różnorodnością. Mięśnie napięły się pod ubraniami w manifestacji gniewu, szwy ledwo opierały się rozrastającej się tkance. Jak ona śmiała zgadywać mnie? Jak śmiała sprowadzać do studenckich szablonów i mieć rację? Nie jestem taki jak statystyki, badania, lektury. INTP, czwórka ze skrzydłem pięć to nie są wyniki byle urzędnika! 1-3% populacji, kurwa!
- Nie wiem i jestem tym już zmęczony.
- A myślisz, że źle jest nie wiedzieć? To bardzo twórczy stan, musisz cały czas działać żeby dochodzić do swojej prawdy.
- Może...
Jednak miała w zanadrzu coś zmuszającego do zatrzymania rozszarpujących ją myśli. Zauważyła moje zakłopotanie, brak gotowej odpowiedzi. Oparła się ostentacyjnie, a powietrze ulatujące spomiędzy jej pleców i oparcia szepnęło „szach”. Półokrągła linia piegów brzmiała mniej subtelnie, jak „i co, kurwa, teraz?”.

***

- Burza
- Sztorm
- Morze
- Ryba
- Obiad
- Sushi
- Nie ma czegoś takiego.
- Jest, jadłam niedawno z mamą.
- I co to jest?
- Takie jakby rolady z ryżu z rybą w środku.
- Ble
Graliśmy w skojarzenia każdego dnia, nawet kilka razy dziennie – przed zaśnięciem, na spacerach, jadąc do miasta po chleb i mleko. Znała dużo więcej słów. Jej tata był doktorem, ale nie mogłem zrozumieć dlaczego zamiast leczyć ludzi opowiadał o bohaterskich wojskach Rzeczpospolitej, o okrucieństwie „szwabów” i „ruskich”, o porzuconych dzieciach... Czasem wydawało mi się, że chce nas przygotować na trudy życia po dzieciństwie. Ula kilka razy płakała w nocy po tym jak opowiedział o robieniu z ludzi mydła. Nie mogłem w to uwierzyć... co z sercem, kośćmi, włosami?

***

Nagle mój zachwyt przerwał przejmujący strach – za płynącą rozciągała się cieniutka czerwona nitka. Nie wiedziałem czy to krew czy mściwy diabeł chce zniszczyć najpiękniejsze stworzenie kroczące po ziemi. Krzyczałem jej imię jakby ginęła na moich oczach. Wyprostowała się w wodzie sięgającej za kolana, przerażała ją niemoc w zidentyfikowaniu zagrożenia, przed którym z taką zapalczywością ostrzegałem. Podszedłem z łzami w oczach, spodziewałem się najgorszego, ale byłem gotów poświęcić własne życie. Czerwona plama była niewielka i unosiła się na wysokości jej kroku, zauważyła ją dopiero śledząc moje zmartwione spojrzenie. Przysłoniła okrzyk przerażenia dłońmi, zarumieniła się. Anioły się rumienią?

***

Słońce wspinało się po perfekcyjnie białych zębach szczęśliwego nieba, w końcu spojrzało na mnie z samego szczytu i tylko brakowało Boga, który swoją dziecięcą ręką dorysowałby mu oczka i uśmiech. „A jednak się nie kręci” - gardziłam nauką kiedy przyroda potęgowała moją radość. Pewnie siedział teraz na skórzanym tronie w przygranicznym pałacu taniej wódki i drogich pamiątek z Westerplatte. Pewnie złota kieta zanurzała się w błyszczącej od tłuszczu pomidorowej, gdy starał się trafić łyżeczką między wąsy a nadymaną wargę jednocześnie nie spuszczając wzroku z meczu, walki, wyścigów, skoków czy jakichkolwiek rozgrywek jakie akurat leciały na małym plazmowym telewizorze, który „załatwił nie ważne skąd” i traktował jak kolejne trofeum w bogatej kolekcji wykombinowanych przedmiotów. Byłam zaledwie 30 kilometrów dalej, trochę ponad godzinę drogi autobusem. Nie znałam tego miasta, nawet nie spojrzałam na tabliczkę gdy tu wjeżdżaliśmy. Chcę się zgubić, nie moc trafić z powrotem nawet jeśli będę się bała iść dalej.

***

Chronologia mojej wolności przypominała dzieje myśli filozoficznej starożytnych Greków – po fascynacji naturą i skonstruowaniu własnej kosmologii opuściłam niebo i zajęłam się sobą. Wymyślanie świata i jego boga okazało się znacznie łatwiejsze niż spełnianie marzeń. Tak bardzo chciałam być wyjątkowa... ale nie byłam w stanie przebrnąć przez pierwszy rozdział „Locus Solus” Roussela, a w empetrojce miałam tylko jeden album – „Resolution” Android Lust. Podwinęłam rękaw kryjący wyblakły tatuaż z ukrzyżowanym aniołem, odkryłam wszystko, co wydawało mi się we mnie ciekawe z nadzieją, że ktoś to zauważy, dosiądzie się, porozmawia. Szukałam swojej niesamowitości w zawartości plecaka i na ciele aby sprowokować do podzielenia się niesamowitością jaką byłam pewna, że noszę w sobie.

***

Najgorsza była kilkuosobowa grupa stoczniowców, która zalęgła się na końcu wagonu – ostatniej oazie tramwajowej samotności w wypadku braku miejsca w siedzących sanktuariach. Tak oto zostałem wtrącony w paszcze lwa, chłód metalowego uchwytu przeszywał mnie do samego serca, oczy zaczęły piec – tylko to pozostało po narządzie szczątkowym gruczołu łzowego. Niby nic się nie stało, za 15 minut wysiądę, może nawet po drodze coś się zwolni... Stało się! Nie jestem ani nastolatkiem przekonanym o dostępności środków do realizacji marzeń, ani starcem pogodzonym z ich nierealnością. Nie jestem podmiotem lirycznym historii o biedaku, który uporem i talentem podbija świat. Nie jestem Copperfieldem, ani Dyzmą. To opowieść, której nie zekranizowałoby Hollywood, ale sadystyczny Europejczyk czy Azjata (może Von Trier albo Kim Ki Duk, na końcu na pewno zginąłbym tragiczną i bolesną śmiercią). Zaczyna się tragedią, rozwija się tragedią i kończy się tragedią.

***

„Chłopiec z plakatu”, jak kiedyś mówiła o mnie mama, zmienił się w pomarszczonego dziada. Stałem się potencjalnym obiektem pożądania wyłącznie nowoczesnych artystów. Samotny, schorowany, zmęczony życiem. Trudne doświadczenia odcisnęły skomplikowany ekslibris na mojej twarzy, której przeznaczeniem jest już tylko przestroga i współczucie. Nie ma czego ratować, fachowcy przekonują, że trzeba godnie się starzeć. Nie odkładać pieniędzy na uzupełnienie braków na powierzchni głowy tylko bez sentymentu ogolić ją na zero. Czekam na swoją czarno-białą fotografię uwydatniającą bruzdy, blizny i kilkudniowy zarost. W ten sposób będę udawał dystans do przemijającego czasu, z zagryzionymi wargami radośnie powiem „to tylko włosy, co mnie one
obchodzą”.

***

Gwar nie pozwalał na trzymanie pustego pokala, piliśmy szybko mimo że nie spieszyliśmy się. „Skąd jesteś? Znasz tego, tamtego? Ostatnia płyta Radiohead taka se” - standard. Zaczynamy pić uboty i w pijackim natchnieniu podziwiać piękno sączącego się w złotym płynie zielonego Jagermeistera. Czujemy, że stoi za tym eschatologiczna przenośnia, skompresowany wszechświat. Przypadkiem spłynęła na nas prawda, niechciana nirwana, odpowiedź na wszystko, której nie potrafimy wyrazić słowami. Robi się późno, DJ zamienia pitchforkową elektronikę na masywne dubstepy, nie słyszymy ani siebie nawzajem, ani siebie samych. Czas iść na miasto. W zatłoczonym wejściu/wyjściu ocieram się dłoniami (może niechcący, może specjalnie), nie zauważa (może naprawdę, a może udaje). Sikamy w bramie i śmiejemy się z tego kolesia, co tak śmiesznie tańczył. Zaczyna padać, wpadamy do kebaba czynnego prawie do rana. Śmiejemy się – żaden z nas nie je mięsa.

***

To nie był pierwszy raz, od dwóch miesięcy usypiam syna do około 4-5 rano i ciągle przestrzeń wyginała się w dziwne kłęby ciemności. Ostatnio wyłoniłem z niej ręcznik zawieszony na mopie i puste opakowanie po pieluchach, ale każdorazowo odczuwam strach ostrzegający, że tym razem to może być potworna bestia wprost z czeluści piekła. Odwaga to kłamstwo, maska za którą się
chowam. Pierwszy do bójki, deptania tradycji, zwyczajów, norm, skryty za niemowlakiem, bo może To zostało wywołane sprzyjającą konfiguracją blizn, zdarzającym się raz na 1000 lat układem wyrytych w ciele cierpień podsycanych morderczą inkantacją. Czemu nie pobiegnę w Tego stronę skoro wszystko mi jedno?

***

Tamtego poranka lęk zapuścił korzeń, jego wątła łodyga nabierała masy wraz z wzbijaniem się ku gardłu. Oplotła mnie paraliżującym uściskiem i rozległa się echem „już nie wstaniesz, a nawet jak to w najgorszych cierpieniach”. Diabłów nie było, ale każdy dzień witałem rozpaczliwym „znowu przeżyłem sen” i siłowaniem się z niewidzialną mocą. Nawet na stojąco czułem jakbym leżał, mgła przed oczami nie chciała się rozejść, oszukiwała błędnik, po 12 godzinach snu wciąż byłem zmęczony. Podczas gdy potworna roślina bujnie kwitła na moich resztkach za oknem nastała martwa jesień.

***

Kapitalizm jest najlepszy, bo jak ktoś nie płaci za mieszkanie to można go wyrzucić na zbity pysk? To właśnie chcemy robić z ludźmi, którzy nie są obrotni, a realia ich przytłaczają? Demokratyczna krucjata ma przyzwolenie na mordowanie w imię swobodnego wrzucenia kawałka papieru do urny i co dalej? Nikt nigdy nie reprezentował mojego interesu w parlamencie, głos ludu to głos na
nazwisko/partię i na tym koniec. Politycy dalej będą nas na siebie napuszczać wsuwając w dłonie krzyże, tęczowe flagi, spiski... Tylko czy to znaczy, że demokracji powinno być mniej czy więcej? Czy to ona zawiodła jako idea czy człowiek jako wykonawca? Wszyscy są dzisiaj Sokratesem z przymusu. Tysiące prac naukowych powstających w każdej minucie gdy tysiące idei i fantazji reanimuje wypalającą się filozofię XXI wieku. Wystarczy 15 minut z Google żeby pozbyć się złudzeń – wiecie, że nic nie wiecie. Nikt was za to nie skaże na heroiczną śmierć, która zagwarantowałaby miejsce w panteonie męczenników. Położne zdezorientowanej majeutyki nie
mają kwalifikacji do odbierania wieloraczków, nie mają siły ciągnąć za niekończące się łożysko. Aby zakończyć zadanie bez ogłaszania klęski całość pakują z powrotem między trzewia. Z mordami wysmarowanymi postmodernistyczną obojętnością przystają na subiektywizację prawdy. Świat może mieć jedną i wiele właściwości jednocześnie. Byt jest, a niebytu nie ma. Niebyt jest, a bytu nie ma. Nikt nie jest w stanie posiąść całej ludzkiej wiedzy, jak więc wyjść poza limit naszych umysłów i przejść na wyższy stopień mistycznego, a zarazem ściśle powiązanego z ciałem wtajemniczenia. Poszukiwanie prawdy zmusiło ludzkość do uznania, że nawet jeśli istnieje to nie jest w naszym zasięgu. W obliczu tragedii niemożliwości poznania własnych losów pozostało cieszyć się przepchniętą ustawą, przewrotem naukowym, szwadronem wyznawców – to i tak tylko nasza ziemska małomiasteczkowość w obliczu potężnej aglomeracji wszechświata.

*** *** ***

Ewentualna nadwyżka wpływów zostanie w całości przeznaczona na wydanie książki