Dołącz do naszej społeczności!

O projektodawcy

Piotr Biedrzycki

Piotr Biedrzycki

Polska

Piotr Biedrzycki, ukończył Wydział Radia i TV na U Ś oraz prawo autorskie na U J. W latach 1998 - 2007 związany był z Festiwalem Filmowym w Kazimierzu Dolnym w charakterze szefa produkcji, a następnie głównego organizatora. Wydał cztery tomiki poetyckie. W roku 2003 był stypendystą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W 2015 roku, w charakterze reżysera, współscenarzysty i współprowadzącego zrealizował serię 17 odcinków telewizyjnego filmu podróżniczego pt: „77 Słoni - Indie” opowiadającego o Indiach, które są jego wielką pasją.

Napisz wiadomość do Projektodawcy

Obejmij patronat nad tym projektem!

Wybierz rodzaj wsparcia jakiego chcesz udzielić projektodawcy:


90 Wspierający

104% Postęp

26126 PLN z 25000 PLN

Udany! Cel osiągnięty

Aby otrzymać środki, projekt musi osiągnąć minimum 100% finansowania, model "wszystko albo nic", zbiórka będzie aktywna do 30.06.2017

Wydanie książki "Siedemdziesiąt siedem słoni"

O projekcie

CEL PROJEKTU

Pozyskane fundusze zostaną przeznaczone na wydanie 600 stronicowej książki pt: „Siedemdziesiąt siedem słoni” W związku na swoja objętość koszt druku nie jest mały, poza tym na kwotę potrzebną do jej wydania składa się wiele elementów. Przede wszystkim są to prace redakcyjne, polegające na korekcie tekstu, opracowaniu projektu okładki, składu i łamania. Książka ma być wydana w twardej oprawie, dzięki temu jej wizualna strona pozwoli na to, by była doskonałym prezentem na każdą okazję. Wydanie książki planowane jest na koniec tego roku, w nakładzie 2 tys. egzemplarzy, a ewentualna nadwyżka środków przeznaczona zostanie na zwiększenie nakładu. Liczę na Wasze wspracie i mam nadzieję, że razem uda nam się tego dokonać.

O KSIĄŻCE

Po zrealizowaniu serii 17-tu odcinków filmu podróżniczego o Indiach pt: „Siedemdziesiąt siedem słoni - Indie” (wielokrotnie emitowanej na antenie ogólnopolskiej telewizji Fokus) czułem duży niedosyt - czy wszystko, co chciałem - przekazałem widzom. Postanowiłem więc napisać książkę, jednak taką, żeby ona nie była przewodnikiem turystycznym, ale taką, w której o Indiach jest bardzo dużo. Wplotłem więc fabułę i akcję książki w koloryt i magię Indii. Pracowałem nad tą książką ponad rok. To niemało, bo to aż 600 stron, poza tym chciałem zawrzeć w niej jak najwięcej szczegółów i opisów indyjskich zwyczajów i codziennych sytuacji - a czy udało mi się? Wspomóżcie wydanie tej książki, a przekonacie się o tym sami. Jestem głęboko przekonany o tym, że książka ta będzie dla Was duchową ucztą, i stanie się, za pośrednictwem jednego z największych polskich wydawnictw - PSYCHOSKOK - wydawniczym bestsellerem.

Książka „Siedemdziesiąt siedem słoni” to 600 stronicowa pozycja, powieść, której tak naprawdę, mimo fabuły i jej bohatera - bohaterem są Indie. Indie przewijają się w książce jako tło całej opowieści. Autor ukazuje subkontynent w taki sposób, w jaki żadne przewodniki turystyczne nie informują o tym pięknym i magicznym kraju. Książka, poza kolorytem Indii, ukazuje wiele zwyczajów i ciekawostek, które nie tylko dla zachodniego turysty, ale także dla mieszkańców Indii nie zawsze są znane. W książce „Siedemdziesiąt siedem słoni” znajdziemy opisy przyrody i zapachów, turystycznych destynacji i indyjskich potraw, ale także opisy obrzędów i tradycyjnych zwyczajów. Autor ze szczególną starannością opisuje fenomen indyjskich pociągów i funkcjonowania slumsu Dharavi, indyjską kuchnię i przyprawy, tradycyjne stroje i obrzędy. Nie ucieka również od opisania patologii i społecznych problemów Indii. Książka przybliża czytelnikowi zabytki: Fort Aquada, Mumbajska Gateway of India, Old Goa, a także pomniki przyrody: Wodospad Dudshagar, Sanjay Gandhi National Park i jego jaskinie Kanheri, oraz Taj Mahal. W książce można odnaleźć opisy zwyczajów: obchody Święta Ganeshy, Ratha Yatra, Raksha Bandhan, Kumbhamela, rytuał zaślubin i uroczystość hinduskiego wesela. Książka ukazuje Święte miasto Varanasi i rytuał kremacji zwłok przez pryzmat wiary w reinkarnację. Poprzez to, że bohater książki podróżuje po Indiach - przeżywa i uczestniczy w wielu obrzędach, a opisy są szczególnie wiarygodne i osobiste, ponieważ oddają uczucia, jakim bohater obdarzył Indie, jako kraju magicznego i mistycznego; kraju, który kocha się miłością bezwarunkową - bez względu na indyjskie kontrasty. Książka „Siedemdziesiąt siedem słoni” to refleksje z codziennego indyjskiego życia, a jednym słowem - można śmiało powiedzieć, że jest ona o przyjaźni, miłości i empatii, o zrozumieniu inności i wybaczaniu, o tęsknocie i samotności, o ludzkiej wdzięczności i ludzkich relacjach w sytuacjach skrajnej biedy i jednoczeniu się w jej pokonywaniu. Wszystkie te aspekty pokazane są na tle Indii; z ich kontrastami, kolorytem, charakterystycznym smrodem i bezgraniczną niewyobrażalną biedą.

STRZESZCZENIE

Do Indii, do Mumbaju, przylatuje Polak - bohater książki, i już pierwszego dnia - zostaje napadnięty i okradziony. Pobitego do nieprzytomności znajdują mieszkańcy slumsu Dharavi i zabierają go do siebie, gdzie zostaje otoczony opieką i powraca do zdrowia. W ramach wdzięczności, i po namowie przez naczelnika slumsu, zostaje slumsowym nauczycielem. Przypadkiem odzyskuje część zrabowanych pieniędzy i, po okresie rekonwalescencji, ponownie rozpoczyna swoją podróż po Indiach. W Mumbaju poznaje bollywoodzkiego agenta, który - na jakiś czas - przekazuje mu swój biznes. Bohater książki zostaje bollywoodzikm agentem, który spośród białych turystów wyłuskuje statystów do bollywoodzkich filmów. Na planie jednego z filmów poznaje francuską choreografkę i zawiązuje się między nimi głęboki i pełny miłosnych uniesień romans, jednak wybranka bohatera musi wracać do swojego kraju i rozstają się. Bohater książki zostaje wmanewrowany w narkotykową intrygę i trafia do indyjskiego aresztu, z którego wyciąga go, poznany wcześniej, minister spraw wewnętrznych Stanu Maharasztra. Bohater książki kupuje kilka stołów bilardowych, które wstawia do plażowych resortów w Goa i rozkręca swój interes. Po zakończonym sezonie turystycznym w Goa, wraz ze swoim indyjskim przyjacielem - uczestnikiem napadu z początku pobytu w Indiach, ale w wyniku szeregu zdarzeń bohater mu wybaczył i zostali przyjaciółmi - wyjeżdżają do Varanasi, a tam spotykają polską ekipę filmową, realizującą serię filmu podróżniczego o Indiach. Ustami filmowych prezenterów książka przekazuje czytelnikowi wiele ciekawostek o Indiach; o świętej rzece Ganges, o grobowcu Taj Mahal i o wielu innych. Bohater książki wraca do Mumbaju, stara się załatwić niedokończone sprawy, rozlicza się za okazaną pomoc... i na skutek przemyśleń o małości tego świata - sam ze sobą. Wraca do kraju.

Fabuła zawiera szereg wątków będących zapisem własnych przygód autora, w tym: sensacyjnych, miłosnych i obyczajowych - a wszystko to - na tle magicznych Indii, które ukazane są w bardzo szczegółowy i osobisty sposób.

 

O MNIE

Nazywam sie Piotr Biedrzycki. Urodziłem się w 1959 roku. Ukończyłem Wydział Radia i TV im. Krzysztofa Kieślowskiego na Uniwersytecie Śląskim oraz studia podyplomowe (prawo autorskie, wydawnicze i prasowe) na Uniwersytecie Jagiellońskim.  W latach 1998 - 2007 związany byłem z Festiwalem Filmowym w Kazimierzu Dolnym w charakterze szefa produkcji, a następnie głównego organizatora. Wydałem cztery tomiki poetyckie: „Wielkie porządki” (1997), „Co się z nami stało” (1998), „Samotność” (2001) ilustrowany obrazami Rafała Olbińskiego, „Czekanie” (2013). W 1998 zostałem laureatem I nagrody w Ogólnopolskim Konkursie Literackim VII Nadnyskich Spotkań Literackich. Jestem autorem tekstów piosenek (wieloletnia współpraca z Włodkiem Pawlikiem - laureatem nagrody Grammy w 2014), laureatem III nagrody w Ogólnopolskim Konkursie na Piosenkę Premierową „Malwy 2005”. W roku 2003 byłem stypendystą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W 2015 roku, w charakterze reżysera, współscenarzysty i współprowadzącego zrealizowałem serię 17 odcinków telewizyjnego filmu podróżniczego „77 Słoni - Indie” opowiadającego o Indiach, które są moją wielką pasją i miłością, a uczucie ostatnio to przełożyłem na napisanie książki, o wydanie której bardzo Was proszę o wsparcie.

 

Moi drodzy, jeśli chcecie, aby ta książka ukazała się na księgarskich półkach - wesprzyjcie jej wydanie, za co z góry bardzo Wam dziękuję!

 

Wesprzeć projekt możesz poprzez kliknięcie w wybrną nagrodę. Nagrody znajdują się po prawej stronie, od góry. Po wybraniu nagrody pojawi się zielony przycisk WESPRZYJ PROJEKT. Kilkinij w niego. Z następnymi etapami już sobie poradzisz.

Projekt zakończy się sukcesem tylko wtedy, kiedy zbierzemy 100% założonej kwoty. Jeśli nie uda się tego osiągnąć, pieniądze które wpłaciliście wrócą na Wasze profile na PolakPotrafi.pl, skąd będziecie mogli przekierować je na Wasze konto bankowe lub wesprzeć inny ciekawy projekt.

 

Piotr Biedrzycki

aders e-mail: biedrzycki1959@gmail.com

mój profil na FB:  https://www.facebook.com/piotr.biedrzycki.58

 

Wybrany fragment książki „Siedemdziesiąt siedem słoni”:

„...Obudziłem się w prześwitujących przez trzcinowe maty promieniach nowego, dobrego dnia. Wokół zaczynały pląsać poranne strumienie dźwięków pobrzękiwania szklanek ze słodką imbirową herbatą, brzęczały blaszane tace, przedzielone kilkoma przegródkami na poszczególne składniki śniadaniowego zestawu dahl, który sączył się gęstymi sosami i pikantnymi zupami z soczewicy i cieciorki. Lepki kęs tej sycącej strawy wytarty mankietem koszuli z kącików ust był przepustką do odejścia od stołu, i do pożeglowania w otchłań wielkiego, jak niekończący się ocean, miasta. Postanowiłem pozwiedzać Mumbaj. Przeskoczyłem wszystkie śmierdzące kałuże i kanały, i rzeką ludzi, która udawała się do pracy popłynąłem w kierunku źródła miejskiego hałasu. Ulicą rządziły splątane w kakofonię odgłosy kolorów i smaków przekomarzania się sprzedawców wszystkiego, i byle-czego, wszelkiego ulicznego dobra. Ulica żyła. Zbudzona z letargu nocnej mgły odpoczynku wpełzała w każdy, jeszcze drzemiący zakamarek skóry mieszkańców, by doprowadzić ich pod najbliższą pompę z zimną wodą, a ta, orzeźwiającymi strugami wypychała ich swą siłą do codziennych obowiązków w walce o przeżycie. Indusi powiadają, że jak spowalnia się oddech, to spowalnia się czas, a ja czasu nie zatrzymywałem. Chciałem go chłonąć wszystkimi zmysłami. Nieopodal slumsu, z którego wyszedłem na ulicę, zatrzymałem taksówkę i pojechałem w najbardziej turystyczne i znane w Mumbaju miejsce. Żółto-czarny pojazd zawiózł mnie pod czarno-żółte policyjne szlabany blokad, skąd można było dalej dotrzeć tylko pieszo. Po zamachach terrorystycznych z 2008 roku, ta strefa ogrodzona jest szlabanami. Stanąłem w turystycznej dzielnicy Mumbaju - Colabie pod Gateway of India, i jak uczestnik szkolnej wycieczki do Zakopanego, zadarłem głowę do góry tak, jak w zimowej stolicy Polski patrzy się na Giewont. Gateway of India.                                                  

Brama do Indii. Jest to imponująca budowla, do złudzenia przypominająca paryski Łuk Triumfalny. Została wzniesiona ku czci pary królewskiej - króla Anglii Jerzego V i jego małżonki Marii, w celu upamiętnienia ich przyjazdu do Indii, w grudniu 1911 roku. Monument budowano w latach od 1915 do 1924 roku. Brama jest wysoka na dwadzieścia sześć metrów. Wybudowana została z żółtego piaskowca, i pełni dziś symboliczną rolę - to od niej dygnitarze, politycy, ważne osobistości i kolejni brytyjscy gubernatorzy, w dawnych czasach, a dziś turyści i podróżnicy rozpoczynają swoją podróż po Indiach. Taką podróż właśnie też rozpoczynałem, nie licząc podróży z lotniska rikszą wprost do Dharavi na bambusowych noszach. Brama była również ostatnim miejscem dla niektórych „podróżników”, spod której wracali do swoich domów. Stąd, w roku 1948, ostatnie oddziały wojsk brytyjskich opuszczały subkontynent w następstwie odzyskania niepodległości przez Indie, w 1947 roku.                                                                                                                                    

Dziś Gateway of India jest jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych Mumbaju i miejscem spotkań jego mieszkańców. Wtopiłem się w tłum, przez który obserwowałem i chłonąłem to miejsce. Wszyscy wszystkim chcieli coś sprzedać lub zaoferować swoje usługi. Nastolatkowie oferowali swoim dziewczynom całusy, ale te odmawiały, odpędzając od siebie zalotników z powodu wstydu i niemoralnego, za jakie, takie zachowanie w Indiach jest uważane. Byli tu sprzedawcy kolorowej waty cukrowej, lodów i pocztówek. Handlarze kadzideł rozpościerali jedwabisty powiew pachnideł nad całą „Dobrą Zatoką”, a ubrani w pomarańczowe szaty i ogoleni na łyso, wyznawcy Hare Kriszna, prosili o jałmużnę, w zamian za zawiązanie na przegubie ręki kolorowych sznureczków i pobłogosławienie darczyńcy. Sprzedawcy wielkich i długich na prawie dwa metry kolorowych balonów, zachęcając do ich kupna, walili w nie jak opętani, a sprzedawcy bębenków dopełniali tę kakofonię dźwięków; waląc kijami w swoje drumsy. Pod murkiem, oddzielającym szeroki plac od morza, rozstawili się uliczni fryzjerzy i „wagowi”, oferując turystom golenie pod chmurką i zważenie się na swojej starej wadze. Skorzystałem z tej usługi, byłem ciekawy rezultatu dharavskiej diety. Siedemdziesiąt siedem - wskazała waga. Ubyło mi dziesięć kilo. Wegetariańska dieta Mamy Mavi okazała się być bardzo skuteczną w walce z nadwagą. Pod murkiem, od południowej strony, rozstawili swoje kramiki czyściciele uszu i połykacze ogni, zaklinacze węży i dziecięcy cyrkowcy. Tuż za bramą, kilkaset łodzi, łódek i łódeczek kołysało się na falach Dobrej Zatoki, po której tańczyły promienie słońca, a te, odbijając się od wody i migocąc tysiącem kolorów, przyciągały setki widzów tego spektaklu natury. Przy samej bramie, tuż obok jej szczytowej południowej ściany, kamienne schody prowadzą w dół do przycumowanych statków, którymi turyści wypływają na pobliską Wyspę Elephanta. Wyspa oferuje nie lada atrakcję: w wydrążonych w skale jaskiniach znajduje się zespół świątyń. Świątynie pochodzą z VII i VIII wieku naszej ery, są poświęcone hinduskiemu bogu Śhivie. Jest to zespół siedmiu świątyń, a w jednej z nich Portugalczycy, za swego panowania, magazynowali proch, który w tamtym czasie wybuchł, poważnie uszkadzając tę, mającą dziś ponad tysiąc lat jaskinię.                                                                    

Pomyślałem, że ja też wybuchnę na widok sceny, która zaczęła rozgrywać się na moich oczach. Wybuchnąłem gniewem, ale i śmiechem. W tłumie turystów, handlarzy i przypadkowych przechodniów dostrzegłem moje uczennice, które, jak sądziłem, wagarowały. Edha i Aloki, dzięki złapanym na moich lekcjach strzępom znajomości języka angielskiego, oraz ufną niewinnością mimiki twarzyczek próbowały zarabiać pieniądze. Dziewczynki zaczepiały białych turystów i, wykonanymi ze świeżych kwiatów jaśminu, zawiązywały bransoletki na nadgarstkach niemieckich wycieczkowiczów, którzy mało skutecznie bronili się przed tym oszukańczym zabiegiem.                                                      

- Najn, danke. - Niemcy nieumiejętnie usiłowali pozbyć się natrętów. Dziewczynki nie dawały za wygraną, mówiąc, że to jest za darmo, i że to na szczęście.                  

Niemiecka para; kobieta i mężczyzna, będący w zdecydowanie emerytalnym wieku, poddali się rozbrajającym spojrzeniom Blasku i Przerażonej, takim, jak kocie spojrzenie z filmu „Szhrek”, i usiłowali na odczepnego wręczyć dziewczynkom rupiowe banknoty o niskich nominałach. Dziewczyny jednak nie przyjęły pieniędzy, powtarzając, że bransoletki są darowane z serca i na szczęście, i niezrażone niechęcią turystów do tego typu ozdób, dalej próbowały nawiązywać konwersację w krzyżówce dwóch języków pod nazwą „hindi-english”.  

- Jak masz na imię? Ja mam na imię Aloki - dopytywała się Blask.                          

- Skąd jesteście, macie dzieci? - zgrabnie podtrzymywała rozmowę Przerażona Edha.                                                                                                        

Dziewczyny w mistrzowskim i koncertowym stylu, widocznie wielokrotnie już przećwiczonym, wciągały turystów w rozmowę. Opowiedziały im „wszystko” o sobie; o tym, że są sierotami, że nie mają domu, i że mieszkają na ulicy, no i że są bardzo głodne. Niemcy ponownie zaoferowali pieniądze, lecz aktorki z mojej szkoły uparcie trzymały się swojego planu.                               - Nie chcemy pieniędzy, ale możecie nam kupić jedzenie. O, tam, na sąsiedniej ulicy, jest sklep z ryżem i olejem. - Pokazały palcami w kierunku Victoria Station, pobliskiego dworca kolejowego.                                                                                                                  

Niemcy, choć niechętnie, podążyli za dziewczynami, a ja, za nimi wszystkimi. Chowałem się w dystansie za tłumem przechodniów tak, by nie być przez dziewczynki zobaczonym, ale trzymałem się na tyle blisko, by słyszeć rozwijającą się dalszą część konwersacji.                

- Nasz młodszy brat czeka na nas. On pilnuje naszych rzeczy, pod płotem, o... tam, przy stadionie - Aloki się rozwijała, a Edha uzupełniała przyjaciółkę.                                              

- On jest bardzo głodny, bo od dwóch dni nic nie jedliśmy. - Kłamstwa rozwijały się wprost proporcjonalnie do rosnącego, wzbudzonego w niemieckiej parze współczucia.              

Całe to towarzystwo, niczym zgrabna patchworkowa rodzinka; składająca się z dwojga wnucząt, babci i dziadka, dotarło do sklepiku. Skład oferował szeroki asortyment; od proszków do prania, poprzez plastikowe miski i wiadra, a skończywszy na artykułach spożywczych, zapakowanych w sposób sugerujący na ich hurtową sprzedaż. Każda z dziewczynek chwyciła po jednym ładunku, niemal przewyższającym swoją wielkością i wagą je same. Edha mocowała się z wielkim jutowym workiem, wypełnionym ryżem, a Aloki z metalowym dwudziestu-litrowym baniakiem z olejem palmowym. Wyglądało to jak zapasy sumo, ale widocznie dziewczyny miały ten sport już nieźle opanowany, bo, wraz ze zdobyczą, szybko wmieszały się w tłum, w którym zniknęły z mojego pola widzenia. Ze sklepu wyszedł gruby, postawny mężczyzna z sumiastymi, zakręconymi w spiralki wąsiskami, i wręczył Niemcom gotowy, jakimś magicznym sposobem, wcześniej przygotowany rachunek. Niemcy oniemieli, widząc opiewającą za zakupy kwotę; w wysokości tysiąc dwieście rupii. Nerwowymi gestami, i krzycząc coś po niemiecku, dawali wąsaczowi zdecydowanie do zrozumienia, że nie zapłacą, ten zaś, zachowując pokerowy spokój, wyciągnął z kieszeni telefon.                                                                                        

- Właśnie wykręciłem numer na policję. Im to powiecie, że nie chcecie zapłacić za swoje zakupy - teraz wąsacz, spokojnym i opanowanym głosem, odgrywał swoją rolę - indyjska policja już wie, jak postąpić ze złodziejami. - Sklepikarz próbował podać im swój aparat telefoniczny. - Proszę, mówcie!                                                                                     

Niemcy, skonsternowani nową sytuacją, zaczęli się kłócić między sobą, a po wymianie uspokajających się wzajemnie kilku zdaniach w języku Goethego, z przytroczonej wokół bioder saszetki wysupłali wymaganą przez sklepikarza kwotę. Wręczyli mu pieniądze, nie szczędząc przy tym wyzwisk w swoim, ale już w zdecydowanie mniej poetyckim języku - o złodziejstwie i oszustwie, zawierających w sobie coś w stylu: „szajze”, i zniknęli, wchłonięci przez uliczny tłum. Przyglądałem się temu przedstawieniu z mieszanymi uczuciami, a chcąc zareagować i wkroczyć do akcji byłem zaskakiwany jego rozwojem na tyle, że w końcu nie zdążyłem w żaden sposób zareagować i zainterweniować, ze względu na tempo zdarzeń, a poza tym epilog tego spektaklu miał się dopiero odbyć. Po kilku minutach od zniknięcia niemieckiej pary dziewczynki ponownie pojawiły się w sklepie, lecz tym razem nie po zakupy, ale po wypłatę. Z powrotem przytaskały zabrany wór ryżu i baniak z olejem, i odstawiły towary na swoje miejsce; tam, skąd je wcześniej zabrały. Dziewczynki weszły do środka, a sumiasty właściciel sklepiku rozejrzał się wokół, i po stwierdzeniu, że nic podejrzanego się nie dzieje, również wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Po chwili drzwi się otworzyły i radosne, uśmiechnięte od ucha do ucha, Aloki i Edha wybiegły na ulicę - wprost w moje objęcia. Gdy poczuły mój silny uścisk, przytrzymujący je przed ewentualną ucieczką, uśmiechy z ich buź zniknęły.      

- Co tu robicie, nie jesteście na lekcjach? - zapytałem. - Kto wam pozwolił oddalać się tak daleko od domu?                                                                                                                      

- Mister, Dźuta, dzisiaj nie było lekcji… my często tu przychodzimy… do… do naszej cioci - swoją aktorską rolę próbowała dalej odgrywać Aloki. - Ona na nas czeka… - po kwestii Aloki, dalej Edha odgrywała swój motyw, jakbym był tym oszukanym, naiwnym Niemcem.    

- Mister, teacher, tak, idziemy do cioci - dziewczynki chóralnie zakończyły swój spektakl.  

Co prawda braw nie było, ale byłem dumny ze swoich uczennic, z ich przedsiębiorczości i sprytu, jaki mieszkańcom slumsu narzucała bieda, ale takim metodom zarabiania byłem przeciwny. Manish miał rację, że jedyną drogą do wydostania się z ubóstwa jest edukacja, która niesie ze sobą szanse i nadzieję na wyrwanie się ze szponów beznadziejności. Powiedziałem dziewczynkom, że o wszystkim wiem, i że wszystko widziałem, i że tak nie można postępować. Jeszcze przez chwilę próbowały kręcić i wymyślać historie z baśni tysiąca i jednej nocy, ale skapitulowały, kiedy nastraszyłem je, że o wszystkim dowie się naczelnik Manish. Okazało się, że od ponad roku regularnie; raz, lub dwa razy w tygodniu, powtarzały tę samą zagrywkę, a ich gruby wąsaty wspólnik odpalał im dwieście rupii od każdego przekrętu. Złapaną, nieopodal Bramy Indii, taksówką zabrałem dziewczyny do domu, do Dharavi. Trzymając obie panny za delikatne i chudziutkie rączki szedłem uliczkami Dharavi pomiędzy prowizorycznymi budami, skleconymi z byle czego. Im bardziej posuwaliśmy się w głąb slumsu, tym więcej mijaliśmy sobowtórów tych namiastek domów. Wszystkie wyglądały jak powtarzające się własne odbicia w nieśmiesznym salonie krzywych luster. Dotarliśmy do szkółki, a tam odszukałem Manisha. Opowiedziałem mu o zdarzeniu, którego byłem świadkiem.

 

Kilka tygodni później usłyszałem od Mavi historię, jak pewnego dnia Manish, w towarzystwie kilku rosłych dharawskich mężczyzn, wybrał się dużą przyczepą na zakupy w okolice Gateway of India. Manish obliczył, że przez rok, wspólnie z wąsaczem, dziewczynki „zarobiły” ponad pięćdziesiąt tysięcy rupii, i za połowę tej kwoty Manish i jego ludzie „zrobili zakupy” u nieuczciwego sklepikarza. Od tamtego czasu Manish zorganizował slumsowy bank żywności, a dziewczynki otrzymały zakaz robienia zakupów przy pomocy obcokrajowców, i już zdecydowanie rzadziej wybierały wagary od zajęć lekcyjnych”...