Dołącz do naszej społeczności!

Ładowanie strony

O projektodawcy

an_ost

an_ost

Warszawa

Powód dla którego tutaj jestem? Lubię, kiedy ludzie są szczęśliwi. Na co dzień pracuję jako nauczycielka. Tutaj jestem w roli dobrego ducha, albo po prostu przyjaciółki, która chciałaby sprawić komuś najlepszy prezent, o jakim nawet nie śmie marzyć. Ten prezent to wydanie własnej książki. Liczę, że Wasze wsparcie przyczyni się do realizacji marzenia bliskiego mi człowieka.

Napisz wiadomość do Projektodawcy

70 PLN z 7000 PLN

2 Wspierający

47 dni do zakończenia

Twórca Projektu otrzyma wszystkie środki, które zostaną wpłacone, bez względu na osiągnięcie kwoty minimalnej (model "bierzesz ile zbierzesz"). Projekt kończy się 23.01.2020 22:10

SPEŁNIĘ MARZENIE ARTURA NA NOWY ROK 2020!

O projekcie

PO CO TO WSZYSTKO?

 

Jestem tu jako… anioł, dobry duch, albo po prostu przyjaciel. Jestem tu, bo chciałabym sprawić komuś najlepszy prezent, o jakim nawet nie śmie marzyć. Ten prezent to wydanie własnej książki – powieści napisanej na podstawie własnych doświadczeń i przeżyć z emigracji i pracy w Niemczech. Fragment tej książki załączam poniżej, wierząc, że zainteresuje Was i skłoni do wsparcia mojego pomysłu.

 

Mój przyjaciel, Artur, jest artystą. Takim wszechstronnym, co to gra, śpiewa i pisze. Jest artystą pasjonatem. Nie żyje z uprawiania sztuki. Próbował kiedyś utrzymać się z grania, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Brak menedżera, problemy zdrowotne etc. Wreszcie, poddał się. Dzisiaj co prawda grywa na gitarze, układa opowiadania i inne prozy, ale do szuflady. Nie wychyla nosa we swojej norki. Nie lubi konkursów więc nie pokazuje się w „Mam talent”, czy innych takich. Pisze już coraz rzadziej, bo zwątpił, że jego sztuka ma sens, skoro jest zamknięta w czterech ścianach. Stąd moja obecność tutaj na Polakpotrafi.pl. Bo chce przywrócić mu wiarę i nadzieję (miłość już ma J).Wiarę, że Jego sztuka ma sens. I nadzieję, że są ludzie zainteresowani Jego sztuką. Zatem, pomożecie?

 

Celem tej kampanii jest zebranie sumy, która umożliwi wydanie książki – powieści pt. „Nigdy więcej”. A rozpoczyna się ona tak:

 

Emocje nie mogą podlegać unormowaniu, uszeregowaniu, uporządkowaniu, bo wtedy po prostu przestaną być emocjami. Moja opowieść jest o tym, jak doświadczenia zmieniają postrzeganie od zachwytu do nienawiści. Właściwie nie wiadomo, gdzie i kiedy zacząć moją opowieść oraz gdzie i kiedy ją skończyć. Opowieść jest o emocjach dotyczących Niemiec i Niemców. Po prostu chcę wykrzyczeć, co sądzę o państwie niemieckim i mieszkańcach Niemiec. W szczególności co sądzę o Heidelbergu i Heidelberczykach. To Heidelberg stał się moją próbą badawczą na temat Niemiec.

Tak, mogą mi się zdarzyć powtórzenia, mogą mi się zdarzyć samozaprzeczenia, mogą mi się zdarzyć niezdarności, ale przecież to są wykrzyczane do Ciebie przeze mnie moje emocje. Czasami może wątki się powtarzają, czasami się nakładają, przeplatają i nachodzą, ale to nie jest instrukcja obsługi pralki, tylko opowieść o przeżyciach. Może mi się zdarzyć drobny chaos tu i ówdzie, ale to przecież nie o to chodzi, żeby moja opowieść była dokładna jak cięcie chirurga, tylko o to, żeby do Ciebie dotarło, jaki kraj sąsiaduje z Polską na zachodzie. Tak, tak, wiem, było pełno książek na temat Niemiec, od Borowskiego do Moellera, ale moja jest osobista, jest połączeniem empirycznego doświadczenia z prawie naukową analizą. Właściwie nie wiadomo, kiedy i gdzie zacząć. To może rzeczywiście od początku. Po raz pierwszy dojechałem do Niemiec w 1986 roku, byłem wtedy mało kumatym szczawiem, ale miałem dziką kozacką fantazję, więc jechałem autostopem do zachodniej Europy. Przejechałem najpierw przez NRD. I ci Niemcy byli całkiem fajni. Tu w Polsce nafaszerowali mnie zwiedzaniem Auschwitz, ruinami po Powstaniu Warszawskim, ziomkostwami czyhającymi na odebranie Polsce Śląska i Pomorza, dwoma mieczami pod Grunwaldem, wreszcie ten farsz dopełniały „Stawka większa niż życie” oraz „Czterej Pancerni i Pies”.

 

I jak? Zaciekawiło Was? Jeżeli tak, to przedstawiam kilka słów napisanych o książce przez samego Autora:

 

„Książka opowiada o 508 dniach pobytu w Niemczech, kiedy autor pracował jako profesor wyższej uczelni. Zaczyna się akurat w dniu, kiedy niemieckie granice pękły pod naporem nielegalnych imigrantów, a kończy się pewnego zimowego dnia, kiedy bohater ma serdecznie dosyć Niemiec i wyjeżdża do Francji.… To jest energiczny, niemal komiksowy opis przeżyć imigranta. Bohater w miarę upływu czasu dowiaduje się coraz więcej o państwie niemieckim i mieszkańcach Niemiec, a następnie w sposób plastyczny przekazuje to czytelnikom, a Heidelberg staje się próbą badawczą na temat Niemiec. W tej opowieści wszystko jest opowiedziane, opisane, zrelacjonowane, zanalizowane, wykrzyczane, wywrzeszczane, wszystko to żywe emocje. Czasami może wątki się przeplatają, czasami się nakładają i nachodzą, ale przecież to nie jest książka serwisowa Volkswagena. To też nie jest instrukcja obsługi pralki Siemens, tylko opowieść o przeżyciach.Jest ona oparta na wątkach osobistych autora, jego przyjaciół i  znajomych oraz jest połączeniem empirycznego doświadczenia z analizą o cechach naukowych, a jednocześnie jest napisana dynamicznym filmowym językiem, który nie stroni od grubej kreski i karykatury. Książka jest adresowana do wszystkich ludzi (poza dziećmi) zainteresowanych życiem zwykłego człowieka w Niemczech. W książce jest wiele odniesień historycznych i geograficznych, więc wymaga od czytelnika pewnej wiedzy lub skorzystania z dostępnych źródeł encyklopedycznych”.

 

Ci z Was, którzy przyczynią się do wydania książki za udzielone wsparcie (od 20 złotych wzyw), otrzymają w prezencie wersję .pdf powieści.

 

Każdy i każda z Was za wsparcie w wysokości od 20 złotych może liczyć, że Jego/Jej nazwisko pojawi się wydrukowane w książce na liście sponsorów – darczyńców.

 

Za wsparcie w wysokości od 80 złotych darczyńcy otrzymają prezent w postaci wydrukowanej książki z autografem i imienną dedykacją Autora napisaną własnoręcznie. Ja również z przyjemnością złożę specjalne podziękowania darczyńcom  (plus oczywiście wersja .pdf)!

 

Osoby, które wpłacą przynajmniej 50 złotych na wydanie „Nigdy więcej” mogą liczyć na książkę z autografem Autora (plus .pdf)!

 

Za wsparcie w wysokości od 30 złotych – zdjęcie okładki z autografem Autora (plus .pdf).

 

A za wsparcie w wysokości od 20 złotych – wersja pdf książki!

 

ZAPRASZAM DO UDZIAŁU W KAMPANII! 

 

Aby powieść się ukazała potrzeba 7 tys. złotych. Środki te zostaną przeznaczone na:

- przygotowanie i redakcję książki (korekta tekstu, projekt okładki, oprawa i skład) 

- druk książki w nakładzie 300 egz.

 

HARMONOGRAM PRAC

 

12.2019-01.2020 - promocja kampanii na portalu Polakpotrafi.pl oraz w mediach społecznościowych

02-03.2020 - prace redakcyjne, przygotowanie książki do druku

04.2020 - druk i dystrybucja książki (promocja na specjalnie założonej stronie poświęconej książce "Nigdy więcej"). Wysyłka nagród do darczyńców z Polakpotrafi.pl

 

O AUTORZE

 

Artur Motylański vel Artur Garokna, Warszawiak z urodzenia. Mówi siedmioma językami i potrafi grać na gitarze. Ma na swoim koncie 2 opublikowane tomiki poezji („Galeria” oraz „Wernisaż”) oraz zbiór opowiadań: „To co? 12 opowiadań do czytania w czasie podróży”. Przy okazji tego zbioru opowiadań (2007), powstała wtedy taka oto notka o Autorze: 

 

 

A teraz mój ulubiony fragment książki „Nigdy więcej”. Rozdział pt.:

 

Szkolenie Bundesagentury dzień piąty, krytyczny

 

Przebrnęliśmy na szkoleniu prawie cały tydzień. To był tydzień niewypowiedzianej męki. Pogoda akurat bardzo niesprzyjająca, miejsce odrażające, prowadząca nieprzygotowana, warunki toporne, Chryste, co za ból! Ból, zresztą, był nie tylko mój, inni też cierpieli. Wszyscy uczestnicy tego koszmaru każdego ranka wyglądali, jak właśnie zdjęci z krzyża i ugotowani w pralce.

Na początku piątego dnia pani prowadząca miała dla nas niespodziankę. Teraz, z perspektywy czasu, wydaje mi się, że ugięła się pod presją pulpetowatego faceta, zwykle siedzącego obok mnie. Facet uwielbia rozkładać na swoim stole jakieś kanapeczki z pasztetem oraz flaszeczki z jakimiś soczkami, które stopniowo przewalały się na mój stół. Pan okazał się doktorem chemii i pracował zawsze w jakichś laboratoriach wynalazczych na uniwersytetach. Już pierwszego dnia zrobił awanturę, bo jego nazwisko na liście było źle napisane, a należy przyznać, że pisownia była iście kosmiczna. Miał pretensje, że nazwisko napisali mu przez „gk” a powinno być pisane „kg”, do tego, na końcu wpisali „e” a pisze się przez „a”. Nie pamiętam teraz, jak dokładnie się nazywał, ale wyglądało trochę coś jak: „Tzschukgda”. W każdym razie, pan sprawiał wrażenie, że oprócz bycia podobno niezłym chemikiem i hurtowym pożeraczem pasztetu, jest również zaprawionym w bojach prawnikiem cywilnym, bo już pierwszego dnia przyniósł jakieś rozporządzenia prawne i wykazywał, że szkolenie nie powinno być robione, jak było zrobione, że są odpowiednie paragrafy, że nie można kierować ludzi takich, jak on na "takie" e bo to przecież niezgodne z prawem i w ogóle to go obraża i tak dalej, i tak dalej. Każdego dni „pan pasztecik” robił kolejną awanturę o program szkolenia, o warunki szkolenia, o cel szkolenia, generalnie o wszystko co się dało, przy okazji zarzucając Panią prowadzącą stosem różnych paragrafów, ustaw, rozporządzeń…. Pani prowadząca prawdopodobnie ugięła się pod permanentną presją chemika-prawnika i na piątek rano zaprosiła najważniejszych autorów tego przedsięwzięcia pt. szkolenie, czyli kierownika firmy szkoleniowej oraz głównego szefa z Bundesagentur fur Arbeit. No i teraz zaczyna się akcja… Jest piątkowy poranek na koniec tygodnia, kiedy siedzicie po osiem godzin netto na nudny, szkoleniu i generalnie robicie same pierdoły lub zagadujecie się sami nawzajem, aby tylko wybębnić czas od gwizdka do gwizdka. Wszyscy jesteście tutaj absolutnie przymusowo, bo jak nie będziecie, to zabiorą wam pieniądze na życie. Warunki są ultraprymitywne, ciemna szara sala, krzesełka niewygodne i toporne, nie ma kawy. Zawartość treściowa szkolenia jest żadna, a Pani prowadząca dzień w dzień przychodzi totalnie nieprzygotowana i sprawia wrażenie, że znaleźli ją w łapance pod warzywniakiem. Wszyscy cierpią jak diabli. Jest połowa stycznia i zima całkiem konkretna, a jak na Heidelberg, to nawet całkiem sroga. I teraz przychodzicie w piątek do tej ciemnej, topornej sali i Pani prowadząca ogłasza, że zaraz spotkacie sprawców tego całego cierpienia. Scena jest już przygotowana, to znaczy, stary rozpadający się flipczart jest nieco odsunięty na bok, a spośród wielu, ledwie migotających, świetlówek nie działają tylko dwie. Reszta działa, więc nadaje miejscu szaro-metaliczną poświatę nierealnej pustki. I wtem pojawia się dwóch facetów, którzy stają niemal na baczność przed tym flipczartem, a Pani prowadząca, z gniazdem poklejonych włosów na głowie, zaczyna przemowę, jak to dobrze, że przyznano nam szkolenie i jak to dobrze, że ono nam tak niesamowicie pomoże w dalszym poszukiwaniu pracy, i jak to dobrze, że w końcu, tylko dzięki temu szkoleniu, znajdziemy pracę, i jak to dobrze, że zaliczymy te dwanaście tygodni szkolenia do najlepiej spędzonych dwunastu tygodni swojego życia… Uff. Zmęczeni, wściekli i znudzenie faceci plus dwie kobietki w wieku niedaleko-przed-emerytalnym słuchają tego przemówienia, jakby słuchali dźwięku wiertarki przebijającej się przez stos bombek choinkowych. Mogę przysiąc, że słyszałem zgrzytanie zębów i mamrotane pod nosem przekleństwa. Siedzący obok mnie „pan pasztecik” wiercił się i podskakiwał, jakby Pani prowadząca smagała go biczem po dupie w sadomasochistycznym seansie. Niemal trzymał się za usta, żeby czegoś nie wykrzyknąć i co chwilę podrywał się i opadał na krzesło, sięgał po swoje zdrowe soczki, nerwowo popijał… Zastanawiałem się, czy naraz nie jebnie prowadzącej prosto w cymbał flaszką pełną soczku. Niestety, nie jeb***.

Spoglądałem na twarze moich współsłuchaczy i widziałem, jak oni z kolei lustrują dwóch największych aktorów tego przedstawienia, stojących przed flipczartem, i jak z coraz większym przerażeniem odkrywają to, co ja już zdążyłem odkryć: Ci dwaj architekci naszego cierpienia wyglądają po prostu jak debile.

Pan kierownik przedsiębiorstwa szkoleniowego był niższy ode mnie o przynajmniej głowę, a ja koszykarzem na pewno nie jestem. Miał gładziutką twarz, byłbym przysiągł, że codziennie smaruje się masłem, żeby wyglądać, jak zalukrowany pączuś. A był pączusiem też w sensie wagi, taki pękaty w cyckach, pękaty w brzuszku, pękaty w udach, pękaty w łydkach… Dlaczego wiem, że pękaty? Bo garniak, w którym był ubrany, zabrał chyba synowi z gimnazjum, a w najlepszym razie, młodszemu kuzynowi. O w mordę, jak ten facet wyglądał… Ubranko może i było całkiem drogie, z daleka wyglądało na elegancki garnitur, ale tkanina była dość cienka i maksymalnie na nim opięta. Całe ubranko przylegało do niego, jak samonośna pończocha do nogi zgrabnej kobiety. Opinało go, jak sznurkowa siateczka szyneczkę, albo jak celofanik paróweczkę. Wyglądał, jak uduszona celofanikiem paróweczka, albo jak poprzecinana sznurkami szyneczka. Sam nie wiem, czy lepiej, żebym go nazwał, Pan Szyneczka, czy Pan Parówka? Włoski miał przysmarowane żelem na bok, podobnie, wysmarowane żelem gęste baki-pekaesy. Pod garniakiem miał cudaczną błękitną koszulę z białym kołnierzykiem i mankietami, czerwonymi guzikami i czerwoną listewką nad kieszenią. Zresztą, i kołnierzyk, i mankiety, i czerwono-bure skarpetki były doskonale widoczne, bo Pan Parówka miał wszystko za ciasne i za małe. Rękawy były chyba o dziesięć centymetrów za krótkie, marynarka nie sięgała kołnierza, a z dołu ledwie pokrywała pasek z wielką złotą klamrą. Pas był czarny, a butki, niestety, choć skórzane to w kolorze jasnego beżu z czarnymi sznurówkami. Wszystko było widać, nawet z cudacznymi skarpetkami, bo spodnie też oczywiście były za krótkie, nawet chyba więcej niż 10 centymetrów. Pan Parówka wyglądał komicznie wtłoczony w absurdalne ubranie. Teraz został wepchnięty pod flipczarta, oświetlony szarym światłem migotających świetlówek i sięgał panu z Bundesagentury najwyżej do pachy. No i Pan Parówka generalnie bełkotał podobne bzdury bez sensu, jak Pani prowadząca… W pewnym momencie Pan Pasztecik nie wytrzymał i przerwał mu perlistą wypowiedź. Zadał pytanie: skoro szkolenie jest takie ważne dla nas, to może znalazłyby się jakieś może ku szkoleniu warunki, może jakieś materiały, a może jakiś plan tego szkolenia w końcu? Pan Parówka się od razu ugotował w za ciasnym ubranku i wybełkotał parę zdań, że warunki są, jakie są, bo za wszystko płaci Urząd Pracy i wskazał na pana kierownika z Urzędu Pracy, który stał obok niego. Uff… tu warto zatrzymać się na parę chwil. Nie pamiętam nazwiska pana z urzędu pracy, ale wydaje mi się, że brzmiało coś jak Lamus. W jednym zdaniu Pan Lamus wyglądał jak Himmler zaczynający przygodę z NSDAP. Tego się po prostu nie da opisać. Jak potem dotarłem do zdjęcia w wikipedii, to Himmler z czasów puczu, wyglądał jak wypisz wymaluj pan Lamus. Bardzo ostro wygolone boki i tył głowy, tak, że tylko trochę włosków zostało na czubku głowy. Na twarzy miał takie dziwne, trójkątne, debilne wąsiki, dokładnie, jakby się wzorował na Himmlerze. Na nosie dość grube, okrągłe okulary, co czyniło z niego podobnego do wielkiego, obleśnego owada. Zapięty był wysoko pod szyję, ciasno opleciony jakimś brązowym krawatem zawieszonym na burej jednolitej koszuli. Nie miał marynarki, o nie, Pan Lamus, to musi być niezły oryginał, bo był wystrojony w skórzaną, brązową kamizelkę, zapiętą  na wszystkie guziki. Wyglądał bardziej niż absurdalnie w tym stroju. Wydawało mi się idiotyczne, że poważny facet, na kierowniczym stanowisku, przychodzi w czymś takim do roboty. To jeszcze nie koniec absurdu, o nie, bo kamizelka Pana Lamusa miała ścięte i zaokrąglone poły, więc było widać na pasie dużą prostokątną klamrę ozdobioną jakimiś klejnocikami. Czyli, im bardziej w dół, tym większe sensacje. I sensacji nie było końca, bo pan Lamus miał jasnobrązowe, sztruksowe spodnie z wyraźnie naszywanymi ciemniejszymi kieszeniami oraz ciemnym, plecionym szwem na bokach. Najciekawsze jednak było to, że te spodnie, to chyba nazywają się rybaczki? Nie wiem, nie jestem specjalistą, tak czy inaczej, spodnie… kończyły się w połowie łydki. Kuźwa, nigdy w życiu nie widziałem urzędnika w żadnym kraju, który byłby w robocie, w tak krótkich spodniach! Jak to nazwać? Długie szorty? Spod spodni wyglądały skarpety w duże kraty, tak jakby szkocką kratę. Chociaż, z powodu długości to raczej nie były skarpety, ale chyb… podkolanówki. Pan Lamus wyglądał cokolwiek jak klaun wypuszczony właśnie z estrady cyrkowej, z tą jedną różnicą, że u klauna kolory są zdecydowanie żywsze, a nie szaro-buro-brązowe. No i teraz sensacja stulecia… jest połowa stycznia, zima, pada śnieg, jest mroźno, grubo poniżej zera, a pan Lamus nie dość, że ma spodnie ledwie do pół łydki, to jeszcze ma na stopach… sandały. No żesz w mordę! Ja już pomijam na chwilę, że facet jest urzędnikiem państwowym i wykonuje dość ważną, i jednak odpowiedzialną pracę, ale dodatkowo, jest właśnie środek zimy, więc jakim cudem on paraduje w rybaczkach i w sandałach? Zupełnie bez sensu. Jesteśmy na szkoleniu pt. Samodzielne Strategie Marketingu na Rynku Pracy dla Doświadczonych Zawodowo Akademików, czyli w założeniu są tu słuchacze, którzy pracowali na wysokich, odpowiedzialnych stanowiskach, mają jakieś porządne wykształcenie, a tu przychodzi jakiś wystrzyżony klaun, w rybaczkach i sandałach, i udaje Himmlera na puczu. Naprawdę miałem wrażenie, że jestem w jakiejś ukrytej kamerze.

Pan Lamus stał wyprostowany jakby go prąd poraził, patrzył gdzieś po suficie i powtarzał te same dyrdymały, co Pani prowadząca, a po niej Pan Parówka. Przemawiał jakby był na wiecu NSDAP w Norymberdze. Coś tam bulgotał pod nosem jak podrzynany indyk, co chwila podnosząc głos, tonował, dalej bulgotał, i oczywiście, trzeba dodać, że wszystko to w tym pojebanym, lokalnym, badeńsko-heidelbergskim dialekcie, więc większość zebranych, ze mną na czele, miała ogromne trudności ze zrozumieniem, o czym te śmieszny facet mówi. Kiedy popatrzyłem na sterroryzowanych, starszych ludzi siedzących obok mnie, na Panią prowadzącą z łapanki pod warzywniakiem, na Pana Parówkę, kierującego firmą po omacku i na tego pajaca Pana Lamusa udającego Himmlera w akcji, na końcu zatrzymując wzrok na jego krótkich szorto-rybaczkach i kraciastych podkolanówkach, i skórzanych sandałach w środku zimy, to jednego byłem bardziej niż pewien: muszę po prostu muszę napisać tę książkę… absurd sięgnął niewyobrażalnych poziomów.

No i wtedy przemówił Pan Pasztecik, który notabene pochodził z Turyngii, czy Saksonii, w każdym razie z dawnego NRD. Przerwał Panu Lamusowi w pół słowa, najpierw zjebał go, że mówi w jakimś idiotycznym dialekcie, więc zwykli Niemcy nie potrafią go zrozumieć, a potem zaczął go objeżdżać, dlaczego Bundesagentura traktuje poważnych ludzi jak bydło i dlaczego katuje ich tak bez sensu.

Pan Lamus się zapienił, ale zaraz potem ustatkował w pionie, tylko trochę poczerwieniał na twarzy, wybulgotał coś ogólnego, że przecież to jest dla dobra uczestników szkolenia, że Urzad Pracy robi co może, żeby pomóc ludziom, że przecież firma szkoleniowa też się mocno napina, żeby warunki były jak najlepsze i wskazał na Pana Parówkę. Pan Parówka mało co nie eksplodował w swoim za ciasnym garniturku, bo tak nabrał powietrza, jakby miał miotnąć jakąś sztangą przed siebie. Ale on tylko tak nabrał powietrza, i dalej stał nadęty jak balon, bo przecież bidulek nie wiedział, co powiedzieć wywołany nagle do odpowiedzi przez człowieka w sandałkach. Cisza się przedłużała, więc Pan Lamus podjął dalej, że przecież Bundesagentura robi wszystko, żeby kursanci jak najwięcej się nauczyli, żeby byli przygotowani do aktywnych poszukiwań na rynku pracy etcetera. Na te słowa, ktoś ze słuchających rzucił złotą myśl, czy aby na pewno jest konieczne, żeby szkolenie trwało 12 tygodni po osiem godzin dziennie, skoro po pierwszym tygodniu wynik jest taki, właściwie wszystko, co zrobiliśmy, można by streścić w pół godziny. Pan Lamus był totalnie niewzruszony. Miałem dziwne wrażenie, że facet, który po sposobie zachowania i wypowiadania się, sprawia wrażenie kogoś, kto nie dał rady ukończyć podstawówki o własnych siłach, ten właśnie Pan Lamus, czerpał teraz jakąś sadystyczną przyjemność w słownym katowaniu kilkunaściorga ludzi, którzy przerastali go wykształceniem i wiekiem – byli około dwadzieścia lat starsi od niego. Normalnie miałem wrażenie, że jestem na filmie o drugiej wojnie światowej, oglądam jakiś dokument na National Geographic.

Kiedy już się wydawało, że nic nie zmieni tego posępnego poranka Pan Pasztecik ruszył do ataku, niczym byk na corridzie. Wstał i swoim niemieckim, o twardym akcencie, zaczął przemawiać, jak komunistyczny działacz na wiecu robotników. I mówi, że Pan Lamus kłamie, i że wie, dlaczego nas tutaj zamknięto na 12 tygodni, i to dokładnie na przełomie roku. Dlaczego zawiadomienia pocztą zostały wysłane w samym końcu grudnia? Dlaczego to beznadziejne szkolenie zaczyna się właśnie na początku stycznia? – rzucał pytaniami. Dodał że te wszystkie statystyki o niskim bezrobociu w Niemczech to jedna wielka ściema, że tak naprawdę, masa ludzi pracuje tylko na pół etatu albo jest skierowana na przeszkolenia zawodowe, albo tak, jak my tutaj, zostaje skierowana na jakieś szkolenia, czy kursy, które totalnie nie mają sensu, i które, przynajmniej na papierze, muszą mieć trzy miesiące brutto. No właśnie dlaczego? Bo zgodnie z niemieckim prawem, kiedy osoba bezrobotna znajduje zatrudnienie albo szkolenie na przynajmniej trzy miesiące, to zostaje wykreślona z listy bezrobotnych i znajduje się na liście szkolonych, co powoduje, że oficjalna liczba bezrobotnych maleje! Można powiedzieć, no dobra, to fiut, zmaleje na trzy miesiące, ale potem wróci do poprzedniego poziomu. Tak? Pan Pasztecik  twierdził, że niekoniecznie, bo wtedy może już wypaść z okresu otrzymywania zasiłku, a dla niej może zostać zastosowana kolejna szykana z szerokiego wachlarza narzędzi opresji w posiadaniu urzędu pracy. Ale najważniejsze jest, że skierowani na szkolenia w końcu grudnia wypadają ze statystyk bezrobotnych na 31 grudnia, co jest superważne, bo zmniejsza się w ten sposób stan bezrobotnych na koniec roku, czyli liczba, która jest najczęściej upubliczniana, publikowana i czytana. Co więcej, na ten dzień są publikowane liczby dotyczące bezrobotnych w najbardziej nerwowych obszarach, czyli ludzie w wieku przedemerytalnym i ludzie z wyższym wykształceniem. Można powiedzieć, że kilkunastu ludzi w wieku przedemerytalnym i z wykształceniem wyższym nie zmieni za bardzo statystyk w całym kraju. Otóż, i tak, i nie, bo takich Panów Lamusów jest mnóstwo, przynajmniej jeden na powiat. Co więcej, Pan Lamus ma swój prywatny interes w skierowaniu kilkunastu ludzi w wieku przedemerytalnym i z wyższym wykształceniem na szkolenie w samym końcu roku. Interes polega na tym, że akurat ci ludzie znikają ze statystyk bezrobotnych, bo przecież teraz nie są bezrobotni, tylko wpadają w kategorię szkolonych. To taka „szara strefa” statystyczna, bo jakkolwiek szkolony jest nadal de facto bezrobotny, to jednak w oficjalnych statystykach, już nie jest „bezrobotny”, ale „szkolony”. I nagle interes Pana Lamusa staje się oczywisty, bo te kilkanaście osób w grupie przedemerytalnej i w grupie wykształconych może stanowić całkiem spory ułamek. I Pan Pasztecik, dalej, tłumaczył, że premia roczna Pana Lamusa jest uzależniona od tego, o ile procent bezrobocie w grupach „czułych” zmieni się na lepsze w stosunku do proporcji ogólnej bezrobotnych. Według Pana Pasztecika, nawet jeśli mówimy o połowie punktu procentowego, to Pan Lamus dostaje za to całkiem spore pieniądze, dlatego w jego własnym interesie jest skazać kilkanaście osób na idiotyczne szkolenie na trzy miesiące, bo skasuje za to konkretne wynagrodzenie.

W szaro ciemnym pomieszczeniu, w srebrnym migoczącym świetle świetlówek, w ciszy takiej jak na pogrzebie Pan Pasztecik wygłaszał swoje przemówienie, Pan Parówka puchł coraz bardziej, Pani Prowadząca zapadała się pod ziemię, a Pan Lamus czerwieniał pod spojrzeniami kilkunaściorga zmęczonych ludzi. Pan Pasztecik skończył z triumfującą miną, a Pan Lamus długo nabierał tchu. Przestępował z nogi na nogę, drepcząc w sandałkach plastikową podłogę. Nagle podparł się pod boki, obrócił się do flipczarta, wziął flamaster, trochę potrzymał, w końcu odłożył. Potem, jakby ponownie odpalił nagranie na płycie, zaczął recytować zupełnie bez żenady te same zdania, które wypowiedział wcześniej, o korzyściach, o nauce, o przydatności szkolenia… normalnie, po prostu, jakby ktoś nagrał przed chwilą jego przemówienie i puścił jeszcze raz. No żesz, co jest, czy Pan Lamus jest jakimś Himmlerem nauczonym na pamięć przez Goebbelsa? Jednocześnie Pani Prowadząca rozpłynęła się w półmroku gdzieś pod ścianą, Pan Parówka dryfował niepostrzeżenie w kierunku drzwi, a Pan Pasztecik znów się zapienił i przerwał Panu Lamusowi mówiąc, że przecież to wszystko chodzi o statystyki i premie. Pan Lamus nie zdążył porządnie zaczerpnąć tchu, gdy nagle, taki zupełnie niepozorny, chudy, siwy facet siedzący przy ławce w samym kącie podniósł rękę i mruknął, że chciałby coś powiedzieć, po czym powoli i niezgrabnie odsunął toporne krzesełko, na którym siedział, dźwignął się nad stolikiem i w końcu wyprostował, po czym bardzo powoli wypowiedział pytanie, które w uproszczeniu brzmiało tak: „a czy Pan Lamus ma udziały w firmie Pana Parówki, to znaczy, czy Pan Parówka odpala działkę Panu Lamusowi, za to, że Pan Lamus kieruje grupę ludzi na to idiotyczne przeszkolenie właśnie do firmy Pana Parówki?” No, jakby ktoś bombę rzucił. Zapadła totalna cisza. Nie tylko Prowadząca zupełnie zniknęła w ciemnościach, nie tylko Pan Parówka niemal już dodryfował do drzwi, nie tylko Pan Lamus stał jak posąg o czerwono-wiśniowej twarzy, ale nawet Pan Pasztecik stanął jak wryty w pół ruchu nad ławką. Pozostali obecni, razem ze mną, zastygli w ławkach i czekali na jakikolwiek ruch. I nagle Pan Parówka wyciągnął rękę do Pana Lamusa, jakby chciał go wyciągnąć za rękaw z otchłani piekielnych, a Pan Lamus nagle się przebudził i stwierdził, że była to wielka przyjemność spotkać kursantów, odwiedzić ich i wesprzeć w wysiłkach szkoleniowych, ale teraz chyba już czas wrócić do drogocennych zajęć, tak dobrze prowadzonych przez firmę Pana Parówki, po czym pomachał w takim geście w połowie królowa angielska Elżbieta przez szybkę Rolls-Royce’a, w połowie Himmler na wiecu esesmanów w Norymberdze, odwrócił się na pięcie, zaskrzypiał sandałkami i rzucił się do drzwi, po czym wyszedł nawet nie oglądając się na Pana Parówkę, który nagle podskoczył i pognał za nim jak głodny ratlerek za mokrą piłeczką. Po chwili z cienia wyłoniła się Pani Prowadząca i wybełkotała, że chyba czas na przerwę, na kawę, na toaletę i nie czekając na odpowiedź z sali pomknęła z prędkością rakietową do damskiej toalety, z której nie wychodziła przez czas potrzebny nie tylko na jedną, ale nawet na kilka kolejnych herbat.

  

I jak Wasze wrażenia po tej dawce „Nigdy więcej”?

 

Mam nadzieję, że przekonałam Was do wsparcia mojej kampanii: SPEŁNIĘ MARZENIE ARTURA NA NOWY ROK 2020!

 

 A tak wygląda roboczy projekt okładki książki:

Dlaczego na okładce pojawia się tablica rejestracyjna? Póki co zdradzę, że nie jest to przypadek... Zresztą, z tablicą wiąże się bardzo ciekawa i zabawna historia... Mam nadzieję, że przeczytacie o niej w książce!